Kury, reż. Zmicer Chartkou

01:35

Od początku „istnienia” nurtuje nas jedno, zasadnicze pytanie: Co było pierwsze: jajko czy kura? Ktoś powie jajko, ktoś, że kura. I chociaż zastanawiać by można było się nad tym godzinami wysuwając, co chwila jakieś „bezsensowne” wnioski to warto zwrócić swoją uwagę na jedną rzecz.  Od wielu, wielu wieków nieustannie i nieprzerwanie towarzyszy nam „kura”. Ptak jak ptak, ale jeśli popatrzymy na niego przez pryzmat spektaklu Kury w reżyserii Zmicera Chartkowa to słowo to nabiera nowego znaczenia


Wpisywane różnymi kombinacjami w przeglądarkę internetową hasło: Zmicer Chartkou nic nie dało.  Poszukiwania jakichkolwiek informacji o tym oto reżyserze zakończyły się fiaskiem. Bijąc się w pierś zadaje sobie pytanie: Pourquoi? Przecież „takiemu” reżyserowi jakaś notka biograficzna się należy. Powiem krótko: przemierzyłam już wiele „dróg teatralnych”, zobaczyłam wiele spektakli, ale to, co Zmicer Chartkow zrobił na scenie Teatru Czysta ReForma było zaskakująco-niesamowite.

W małym pokoju przepełnionym mrokiem widzowie czekają na rozpoczęcie spektaklu. Przed sobą mają zaledwie tekturowe palety po jajkach i drewnianą klatkę. Pewnie nie jedna osoba zaczęła zastanawiać się, o czym te Kury mogą być, bo chyba nie o kurach (?). Nagle ich rozważania zostają przerwane - zapada ciemność. Głośna muzyka zaczyna rozbrzmiewać po całym pokoju. Z kąta pomieszczenia dobiegają jakieś pomruki. To znak – zaczęło się. Siedzący w drewnianej klatce aktorzy (Szymon Budzyk i Radosław Sołtys) rozpoczynają spektakl. Nie ma czasu na rozwodzenie się nad „podrzędnymi sprawami”, nie ma czasu na „rozwój akcji”. Wszystko zaczyna się już, teraz, natychmiast. Wolność jednostki staje się punktem wyjścia do wszystkiego, co zaraz wydarzy się na scenie. Bo czymże jest wolność w dzisiejszym świecie, chyba tylko więzieniem. I możemy się przed tym bronić, uciekać od tego, ale z każdą minutą trwania sztuki przekonujemy się, że tak właśnie jest. Spektakl Kury nie rozwiązuje jednak kwestii egzystencji człowieka, tylko zmusza do zajrzenia w głąb siebie. Do poznania swojego ja i prawdy o świecie.

Aktorzy cały czas mówią o ścianie świata, o ścianie, za którą kryje się prawda. Chcą do niej dotrzeć. Odkryć to, co nieznane i poznać „przyczynę”, która stworzyła ten cały świat. Początkowo sami poszukują swojego „boga”, jednak w pewnym momencie tej historii następuje przełom. Niespodziewanie rolę odwracają się, teraz to aktorzy są dla widzów „bogami”. Przejęli kontrolę. Od tej pory stali się mentorami ludzi. Będą wyznaczać ich drogę jednocześnie pokazując, „co jest dobre, a co złe” w świecie. Na początek przemawiają ze zrobionej przez siebie „kościelnej ambony” sugerując tylko jedno rozwiązanie naszej egzystencji: piekło was pochłonie. Tak, będziemy cierpieć okropne katusze za czyny, jakie popełniliśmy na ziemi. I niezależnie od tego czy będziemy czynić dobro czy zło to, i tak wylądujemy w „jednym miejscu”.

W czasie trwania sztuki aktorzy usuwają się na chwilę ze sceny, aby widzowie mogli obejrzeć krótki film przedstawiający „brutalną rzeź” kury czy też zobaczyć jak wygląda „opieka” nad pisklętami w hodowlach. Kiedy serca wszystkich zdążyły się już rozczulić, na scenę wychodzi jeden z aktorów zajadając nóżki z kurczaka. O ironio! Wszak dla mnie idealne pokazanie tego jak ignorancko zachowuje się człowiek, kiedy widzi ból i cierpienie. Teraz to już nie robi na nim żadnego wrażenia, wychodzi z założenia, że skoro jemu nic się nie stało to jest dobrze. Umiesz liczyć, licz na siebie jak nieustannie powtarzana mantra ciągnie się za współczesnym człowiekiem.

Połączenie dobrze wyreżyserowanego spektaklu ze znakomitą grą aktorską zaowocowało tym, że sztuka Zmicera Chartkowa Kury okazała się bezkonkurencyjna pośród wielu spektakli granych na deskach krakowskich teatrów. Można znaleźć w niej wiele metafor i podtekstów, których opisywać nie warto, bo to po prostu trzeba zobaczyć. To nie jest przypadkowa sztuka, tutaj każda rzecz, każda wypowiedź ma jakieś znaczenie.

Zobacz także

0 komentarze

YouTube