Umarł król, niech żyje knur, reż. Lech Walicki

17:44

Aktorzy w sztuce to żadna nowość, przecież to oni grać muszą. Ale kiedy tylko na scenie pojawiają się pacynki to „szeroko otwieramy oczy” i mówimy „WOW”. Tych „kukiełek” jest mało, a my widzowie do ich oglądania przyzwyczajeni nie jesteśmy. Teatr Bez Rzędów wyszedł naprzeciw widzom i postanowił coś z tym zrobić. Tak oto na deskach tego teatru w głównej roli możemy zobaczyć pacynki, a to wszystko w spektaklu Umarł król, niech żyje knur w reżyserii Lecha Walickiego


Hmm - właśnie „to” i tylko „to” pomyślałam po obejrzeniu spektaklu. Tak samo myślałam po kilku godzinach i tak samo myślę do dziś. Próbowałam rozgryźć samą siebie i dojść w końcu do jakiegokolwiek wniosku – podobało mi się czy nie? To jest pytanie godne „mistrza”, bo ocenić tego nie potrafię. Owszem było zabawnie, momentami ciekawie, a na całą otoczkę spektaklu też nie mam, co narzekać. Ale czegoś mi tam brakowało, czegoś mniejszego lub czegoś większego – został po prostu pewien niedosyt, którego nikt nie potrafił zapełnić.

Na początku spektaklu Umarł król, niech żyje knur poznajemy Kasię (Dominika Zielińskia) i Florka (Adam Godlewski), którzy „pracują” dla Króla Hiszpanii. Ta dwójka stanem podobna ma i podobne marzenia – ona chce być księżniczką, on chce być królem. Mają dość bycia poddanymi. Mają dość króla, któremu muszą tylko usługiwać. Kiedy oni tak rozmawiają jakby to było rządzić krajem niespodziewanie na scenie pojawia się Roberto (Lech Walicki), który „w lewej dłoni trzyma książkę, a w prawej sztylet” i jedno ma tylko marzenie – zdobyć się w końcu na odwagę i zabić króla. Komu, jak komu, ale Florkowi taka wizja bardzo się podobała. Od razu decyduje się pomóc mężczyźnie.

Tutaj się akcja toczy, więc i król w końcu pojawić się musi. Dopiero, co wyrwany ze snu zaczyna rozpaczać nad swoim losem: jak to bardzo nie chce brać ślubu z Rosalindą (Łukasz Pracki), która nie dość, że gruba i brzydka to jeszcze nieładnie pachnie. Ale przecież Filip to król niegłupi, więc swoją koronę i berło postanawia oddać Florkowi, a sam udać się do klasztoru gdzie w spokoju będzie mógł czytać Kanta. Oj, taka wizja dla poddanego to jak spełnienie najskrytszych marzeń. Do władzy dochodzi ktoś, kto nigdy tej władzy prawa dostać nie miał.

Król Hiszpanii z Rosalindą ślubu brać nie chce, ale i on dla niej wybrankiem serca nie jest. Jak sama mówi ona chce kogoś grubego, z brzuchem, co by ją tak… Koniec końców nikt z kobietą być nie chce, nawet Florek, który przyrzekał miłość po grób, przekłada z „jutra na jutro” ślub (aż mi się zrymowało). Mężczyzna potrafił być także niesłowny w stosunku do Kasi, która niegdyś dzieliła z nim los. Obiecywał jej, że zostanie księżniczką, ale z tych obietnic niewiele zostało. Nowemu królowi ani w głowie ślub, ani wierność. Jednak pod uwagę nie wziął tego, że tak łatwo z Kasią jak z Rosalindą mu nie pójdzie – jak wiadomo kobieta mściwą być potrafi.

Już od samego początku naszego zetknięcia z Florkiem wiemy, że na władcę idealnego to on się nadawać nie będzie. Nie w głowie mu polepszenie bytu ludzi, a tylko swojego. Chce się odpłacić wszystkim za to jak on był traktowany. Nawet Kasie zakuwa w dyby i rozkazuje wychłostać, a przecież kiedyś tak ją „kochał”. Król dyktator? Może nie do końca, bo wystarczyło go lekko nastraszyć, aby już koronę zdejmował i uciekał gdzie nikt go nie zna. I tak Filip, któremu w głowie czytanie Kanta wraca na swoje „stanowisko”. On też po jakimś czasie swojej „tułaczki” widzi, że tak naprawdę nigdzie poza swoim królestwem się nie nadaje.

Ale gdzie w tym wszystkim pacynki? Przecież było ich sporo. Każdy z aktorów miała swój „odpowiednik” w postaci pięknie przystrojonej kukiełki. Role „aktorsko-pacynkowe” przeplatały się, bo raz widzieliśmy granie pacynkami, raz „normalną” aktorską grę. Przechodzenie z jednej postaci w drugą było dopracowane do ostatnich szczegółów – ja bym rzekła, że wręcz pełne profesjonalizmu. I tak na scenie przecięły się dwie drogi, które zajmowały w spektaklu tyle samo miejsca. Niebywała uczta dla oglądającego.  A skoro już tak wychwaliłam pacynki to teraz trochę ponarzekam. Na co? Na muzykę. I nie chodzi o samo dobranie podkładu muzycznego, bo ono akurat było dobre, ale o przejścia między poszczególnymi utworami, czy urywanie ich w miejscach „bezsensownych”. Aktorzy grają i muzyka gra, po czym nagle zapada cisza – milkną dźwięki w tle; widz ma wrażenie, że muzyka grać dalej powinna, a ta urwała się w połowie zdania aktora. W całym spektaklu Umarł król, niech żyje knur (oprócz pacynek rzecz jasna) bardzo podobała mi się gra aktorska Łukasza Prackiego, który w rolę Rosalindy wcielił się znakomicie. Do twarzy my było w żółtej sukience i „białych koronkach” na głowie.

Zobacz także

0 komentarze

YouTube