Jestem swoją własną żoną, reż. Karolina Kirsz (czytanie performatywne)

11:57

W czarnej sukience, butach na obcasie i z perłami na szyi siedzi on. Mężczyzna w stroju kobiety. Widz czujnym okiem spogląda w stronę aktora. Zastanawia się w jakim celu założył ten kostium. Czyżby kolejna płytka i bezsensowna historia transwestyty? Aktor nie odpowiada na „ciche pytania” i spojrzenia ludzi, tylko siedzi w wygodnym fotelu szydełkując sweter… Swetr dla swojego ukochanego

Historia, która dała początek monodramowi Jestem swoją własną żoną to historia prawdziwa opowiadająca o losach Charlotte von Mahlsdorf urodzonej w 1928 roku. Jej życie to pasmo nieszczęść i tragicznych zdarzeń, ale też życie, w którym pojawia się odrobina radości i szczęścia. Do spotkania kobiety z widzem dochodzi w czasach jej spokojnej starości. To ona oprowadza po swoim życiu, wyjawiając jego najskrytsze tajemnice i pokazując jednocześnie, jak silną osobą była - nie bała się pokazać społeczeństwu, że jest transwestytą.

Lothar Berfelde odkrył, że jest kobietą dzięki swojej ciotce, która jakby przeczuwając nadchodzące wydarzenia dała mu do poczytania Die transvestite. Książka szybko stała się dla młodego chłopca niczym biblia, w której doszukiwał się wzorców życia. Mając lat piętnaście Lothar stał się kobietą. Mając lat szesnaście Charlotte (bo takie imię wybrał dla siebie chłopiec) zamordowała ojca. Po ucieczce z więzienia i kilku zawrotnych akcjach kobieta staje się celebrytką, największą berlińską transwestytą i wielką kolekcjonerką antyków. Ta ostatnia rola przypadła jej w udziale podczas II Wojny Światowej. Wszyscy mówili, żebym ratowała (przyp. zabytkowe przedmioty). No więc ratowałam – krótko tłumaczy swoje zachowanie Charlotte. Jej determinacja pozwoliła uchronić antyki w czasach faszyzmu i komunizmu – później, co przez naród niemiecki zostało docenione orderem za zasługi w dziedzinie kultury.

Charlotte urodziła się w czasach gdzie osoby jej pokroju istnieć nie mogły. Dążono do ich wykluczenia, unicestwienia – do ich śmierci. Na ulicach wykrzykiwano krótkie frazy proszące Hitlera o zabicie tych „dziwnych istot”, jakimi byli mężczyźni przebrani za kobiety. Ale ona, dziewczyna silna, postanowiła z tym walczyć pokazać światu, że każdy człowiek ma prawo do życia i nieważne, w jaki sposób to robi. Transwestyta może zrobić dobre rzeczy – wierzyła w to Charlotte i wszyscy, którzy byli z nią w jakiś sposób blisko związani. Wątek odwagi i poświęcenia kobiety zdominował cały spektakl. Pokazał oblicze Charlott z różnych perspektyw i z różnych przestrzeni czasowych. A obok wątku głównego, pojawiły się także wątki poboczne. Wątek społeczny, polityczny, ekonomiczny, egzystencjalny i w końcu wątek miłości. Miłości szczerej i prawdziwej, ale kończącej się tragicznie. Miłości, która miała przetrwać wszystko, a na pierwszym zakręcie zakończyła się samobójstwem.

Postać Charlott zagrał Adam Pater, rola z którą przyszło mu się zmierzyć była niewyobrażalnie ciężka do przedstawienia. Bo Charlotte była kobietą, którą targały emocje. Była kobietą z ogromnym bagażem doświadczeń i bólem skrywanym gdzieś na dnie serca. Z odtworzeniem roli aktor poradził sobie bardzo dobrze, żeby nie powiedzieć doskonale. I tak naprawdę nie tylko z nią, bo oprócz roli Charlott grał jeszcze kilka innych ról oddzielając je od siebie zaledwie postawą, mimiką i gestem. A mimo to widz bez problemu odnajdywał się w tych dziesiątkach postaci, jakie widział na scenie. Podziwiam aktora za jego ruch sceniczny. Za to jak wytrwale i postawnie poruszał się w szpilkach. Podziwiam go też za odwagę i konsekwencję. Za to, że widz oglądając go na scenie patrzył na niego jak na Charlotte, a nie jak na przypadkowo grającego aktora. I w końcu podziwiam go za wyobraźnie. Za to, że w scenerii, w której poza fotelem i stolikiem nie znajdowało się nic potrafił stworzyć przestrzeń, która idealnie wpisywała się w grane sceny.

Tematyka, jakiej podjęła się reżyserka Karolina Kirsz też łatwa nie była. Przedstawienie jej na scenie pokazało widzom, że jest to zjawisko nie czasów dzisiejszych, bo trwa już od dawien dawna. Konfrontacja między tym, co jest na scenie, a tym co widz ma w głowie pobudziła do refleksji, do zastanowienia. Na mnie największe wrażenie zrobiło porównanie losu transwestytów do losu Żydów podczas II Wojny Światowej, do Holocaustu. Granica jednak była bardzo cienka. Jeden niewłaściwy krok mógł spowodować ogromną falę krytyki. Mógł kogoś zranić, urazić. Ale nie… Ta umowna granica nie została w żaden sposób przekroczona. Stała się punktem wyjścia. Punktem tragicznym, lecz takim, w którym losy ludzi mogą się w jakiś sposób połączyć. Mogą zacząć żyć obok siebie.

Charlotte von Mahlsdorf umarła w 2002 roku, podczas swojego pobytu w Berlinie, w Muzeum Rzeczy Codzienny. Odeszła w zapomnieniu. Pamięć o największej tranwestycie została pochowana razem z nią. Aż do teraz… Do momentu, w którym ktoś zdecydował się pokazać społeczeństwu losy Charlotty na deskach teatru.


*Jestem swoją własną żoną zaprezentowany został podczas 12. Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego w Teatrze WARSawy. Nie było to jednak spektakl, a czytanie performatywne. W mojej recenzji używam tych słów zamiennie, ponieważ uważam, że przygotowane przedstawienie miało wysoką rangę spektaklu.

Zobacz także

0 komentarze

YouTube