Śluby panieńskie, reż. Krzysztof Pluskota

15:20

Poczyniono wszystko w tym spektaklu, aby oddać Aleksandra Fredrę w pełnej krasie i okazałości. Aby za jego (i z jego) przykładem ukazać wyższość uczuć nad rozumem. Stoczyć godny bój, w którym pierwsze z pojęć wygrywa bez większych trudów i łączy serca kochanków. Zresztą, nie bez przyczyny Śluby panieńskie znane są jeszcze pod innym tytułem: Magnetyzm serc. Bo to przecież w nich miłość jest potęgą, a złożona przysięga jakoby nienawidzić męski ród szybko okazuje się być tylko niepotrzebnym incydentem w życiu Klary i Anieli

/fot.Tomasz-Szkodzinski/

Krzysztof Pluskota, reżyser Ślubów panieńskich, wiernie podążył śladem bohaterów, których Fredro kreśli w swej komedii i oddaje ich charaktery wręcz z dokładnością. Nie sili się na zmiany, wierząc w to, że wystarczy zawierzyć aktorom, aby uzyskać pożądany efekt. Po części udaje się to względem wszystkich. Maria Seweryn i Andrzej Deskur błyszczą na scenie, po której niesie ich doświadczenie. Są zabawni w swej wymowie. Przerysowani kiedy trzeba. Poważni, kiedy zmusza ich do tego sytuacja. Są naprawdę doskonali i oglądanie ich to największa przyjemność. Nie zapominajmy jeszcze o Marku Litewce, w roli Jana, który choć na scenie pojawia się rzadko swoją obecność zaznacza dość wyraźnie. Pozostała część obsady to już młoda krew – niektórzy to jeszcze studenci krakowskiej PWST, niektórzy już absolwenci. Ku mojemu zaskoczeniu dotrzymywali kroku doświadczeniu innych aktorów. I widać, że bawili się powierzonymi im rolami doskonale. A zamiast podążać utartymi schematami tworzyli własne.

Maciej Grubich, w roli Gustawa, był jakby wyrwany z zupełnie innej komedii – może takiej typowo amerykańskiej produkcji(?). Zawadiacki uśmiech. Pewna siebie postawa. Zaczepny charakterek. A do tego wyróżniał się, jako drobny krętacz i manipulator. Zupełne przeciwieństwo Albina, w którego wcielił się Jan Romanowski. Aktor połączył postawę tytułowego bohatera z Cierpień młodego Wertera - podejrzewam, że - z własnym wyobrażeniem Albina i stworzył postać zamkniętą w swojej miłości, przez którą to potrafił tylko wzdychać i wielbić ukochaną. Ale nie zrobił siebie bohaterem nijakim, bo zarysował swój charakter i stosunek do Klary na tyle, że to jego rola w tej sztuce zapadała najbardziej w pamięć. I chyba z największą łatwością weszła w ramy sztuki. A na końcu tej drogi Klara (Joanna Pocica) i Aniela (Paulina Kondrak), przyczyny intrygi Gustawa. I tu zdecydowanie odbyło się bez większych zaskoczeń. Role zagrano – i choć zakładam, że zabrzmi to źle – przyzwoicie, bo obyło się bez większych zaskoczeń i zmian. Jakby aktorkom ostatecznie nie udało się jeszcze tej przestrzeni scenicznej zaadoptować. Ale głęboko wierzę, że kilka spektakli później nad ich rolami z zachwytu rozwodzić się będą widzowie.

Sam zaś spektakl nie przyniósł nam żadnych nowych prawd, które odbiegałyby od Fredry znacząco. Zachowano jego dynamikę i język. Prawdy i refleksje wynikające z płynących dialogów. Nie dodano niczego nowego. Nawet nie starano się widza zaskoczyć scenografią. Bo od strony reżyserskiej przemawiał po prostu autor i jego tekst. Całą zaś resztę zostawiono w gestii i inicjatywie aktorów. I to na ich ręce położono cały spektakl. A właściwie to całe jego funkcjonowanie na scenie. Tak jak pierwszą częścią jestem trochę zawiedziona, tak druga nadrobiła wszystkie braki poprzedniej. Tu już było zabawnie i dynamicznie. Coś się działo i aż chciało się wiedzieć co następować będzie dalej. Tak, że w ostatecznym rozrachunku powiedzieć trzeba, że mimo iż dobrze się nie zapowiadało to skończyło się happy endem. Takim z fanfarami i dobrym aktorstwem.

/fot.Tomasz-Szkodzinski/
Śluby panieńskie
tekst: Aleksander Fredro
reżyseria: Krzysztof Pluskota
scenografia: Katarzyna Wójtowicz
muzyka: Piotr Grząślewicz, Marcin Hilarowicz
obsada: Maria Seweryn, Paulina Kondrak / Agata Woźnicka, Joanna Pocica / Anna Siek, Andrzej Deskur / Grzegorz Mileczarek, Aleksander Talkowski / Maciej Grubich, Łukasz Szczepanowski / Jan Romanowski, Marek Litewka / Krzysztof Pluskota

Zobacz także

0 komentarze

YouTube