Kto się boi Virginii Woolf, reż. Jacek Poniedziałek

18:25

Sztuka Kto się boi Virginii Woolf? napisana przez Edwarda Albee to jedno z najwnikliwszych studiów ludzkiej psychiki. Pojawiające się w nim postacie przez cały czas są trudne do określenia. A akcji, w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, brak. Mimo wszystko dramat jest pełen napięć za sprawą dynamicznych dialogów. To za nimi stoją największe historie, które stopniowo uwidaczniają się na scenie

/fot. Krzysztof Bieliński/

I chociaż wiele jest tutaj niejasności, sztuka wnikliwie dotyka mrocznych zakątków ludzkiego wnętrza, wyciągając z niego rzeczy najokrutniejsze i najpodlejsze. Gra bohaterów tocząca się na scenie, szybko wciąga w swoje struktury widzów, niszcząc ten mur pojawiający się pomiędzy aktorem i jego odbiorcą. Przy niejasnych regułach wymyślonej „zabawy” nakazuje przemieszczać się pośród wielowymiarowych wątków, których prawdziwe intencje ukryte są gdzieś pomiędzy wersami. Tylko niektórzy odkryją ich właściwe przeznaczenie towarzysząc bohaterom w licznych rozterkach i zawahaniach. Warunek jest jednak jeden. Tutaj nie ma zwycięzców. Nikt nie wygrywa. Wszyscy są przegranymi tyle, że na różnych płaszczyznach. Można przeżyć upokorzenie na ciele i psychice, a także dojść do granicy swojego człowieczeństwa tracąc jego sens. Następuje dehumanizacja człowieka, który w wyniku intrygi i niezrozumienia traci swoje wartości, obnażając się na scenie. Pozostaje nagi wśród narzuconych mu struktur i przybranych ludzkich twarzy.

Nowy przekład dramatu Kto się boi Virginii Woolf? w tłumaczeniu Jacka Poniedziałka i jego też reżyserii, okazał się sukcesem Teatru Polonii. Dzięki wnikliwej analizie dzieło stało się realistyczną opowieścią o ludzkim życiu i otaczającym go kłamstwie. O świecie, w którym chciałoby się żyć i bolesnym uświadomieniu, że rzeczywistość szczęścia i miłości tak naprawdę nie istnieje. Dopiero wykreowanie sobie sztucznej przestrzeni pozwala egzystować w świecie pełnym fałszu. Lecz i w tym wypadku, dzieje się to zaledwie przez krótką chwilę. Przygotowana przez bohaterów spektaklu noc szczerości i prawdy szybko obdziera przybrane maski i obnaża każde z pojawiających się kłamstw. George (Krzysztof Dracz) i Marta (Ewa Kasprzyk) zapraszają poznaną gdzieś na imprezie parę do siebie na drinka i świadomie zaczynają prowadzić grę z zaproszonymi gośćmi, niszcząc nie tylko nowoprzybyłych, ale również siebie nawzajem. Tyle, że stworzone reguły dla gospodarzy od początku są jasne i chociaż zadają sobie ból, czasami trudny do wytrzymania, przede wszystkim chcą zniszczyć Nicka (Piotr Stramowski) i jego żonę (Agnieszka Żulewska). Powoli wciągają ich w swoją zabawę, a ci, bez protestów, ulegają naciskowi i przestają się szamotać z zamysłem domowników.

Przez próbę ukazania życia klasy inteligentów przebija się życie każdego z nas, widziane z innej perspektywy i innymi oczyma. Nie stajemy już sami przed sobą i swoimi problemami, tylko cały czas trzymamy się na uboczu pozwalając, aby to, co nas nurtuje miało swoje ujście na scenie, powoli doprowadzając do ludzkiej katastrofy i wyrzeczenia się własnego „ja”. Dobrze przygotowana scenografia, która pozwala czuć się jak w zaciszu domowym i do tego dobrze dobrane kostiumy, nie pozwalają ani na chwilę na rozproszenie uwagi czy znudzenie zbyt obszernymi dialogami. Bez wątpienia już w samej grze aktorskiej ukryty jest sukces spektaklu. Krzysztof Dracz i Ewa Kasprzyk, jako para małżeńska dobrali się idealnie. W ich ekspresyjności i latach doświadczenia, widać coś, czego na scenie zazwyczaj brakuje. Nie powielili utartych schematów aktorskich, a stworzyli własne postacie, których losy widoczne były poprzez gest czy nawet drobne słowo. W tonie zbliżonym towarzyszyła im druga para, czyli Agnieszka Żulewska i Piotr Stramowski. Początkowo wydawało się, że zostali zagłuszeni przez Dracza i Kasprzyk, lecz wrażenie to okazało się mylne, bo ich postacie właśnie tak miały wyglądać, na tym polegać miała ich gra. Wtórowali dzielnie pierwszej z par i równie dobrze przy nich wypadli.

Ale wyjątkowość sztuki Jacka Poniedziałka, nie tylko oparła się na dobrej grze aktorskiej. Bo wszystko to, co działo się wokół spektaklu dodało mu wyrazu i podkreśliło wyjątkowość. Po pierwsze bardzo minimalistyczne wykorzystanie utworów muzycznych, gdzie surowość dialogów nieopatrzona zbędnymi dźwiękami wzmagała wrażenie trudności podjętego tematu i dzielnie unosiła jego ciężar. Po drugie wykorzystanie projekcji filmowych, które dodatkowo opowiedziały za bohaterów to, czego nie mogli lub nie powinni byli mówić sami. Napięcie rosło, a wielowątkowość historii coraz bardziej zadziwiała. A kiedy nastał koniec sztuki, czuło się niedosyt i chciało dalej pociągnąć tematy wciąż za mało jasne i niedopowiedziane. Ale w tym ukrył się zamysł reżysera i jego pomysł na inscenizację dramatu. I śmiało można powiedzieć, że gromkie brawa i owacja na stojąco dla tego spektaklu to wciąż za mało, bo po tym, co wydarzyło się na scenie należy się mu dużo więcej.

/fot. Krzysztof Bieliński/
Kto się boi Virginii Woolf?
tekst: Edward Albee
tłumaczenie i reżyseria: Jacek Poniedziałek
scenografia i kostiumy: Michał Korchowiec
światło: Katarzyna Łuszczyk
wideo i opracowanie muzyczne: Michał Dobrucki
układ walk: Wiesław Chmieliński
asystent scenografa: Małgorzata Domańska
producent wykonawczy: Maja Górecka
obsada: Ewa Kasprzyk, Krzysztof Dracz, Agnieszka Żulewska, Piotr Stramowski

Zobacz także

0 komentarze

YouTube