Matko jedyna, reż. Redbad Klijnstra

10:10

Spektakl, który dotyka bolących relacji z matka, tak najprościej opisać można monodram Matko jedyna w wykonaniu Redbada Klijnstra. Lecz jego szczerość na tyle zachwieje teatralna fikcją, że opowieść ze sceny zleje się w rzeczywistość, która jest, która była. I tak powstanie autobiograficzny spektakl o samym aktorze, który nie tylko rozdrapie wiele bolących ran, ale również postara się pokazać jak naprawdę funkcjonują relacje z rodzicami


To był chyba jeden z trudniejszych monodramów jaki miałam okazję zobaczyć. I to nie dlatego, że dotykał jakiś wzniosłych i ważnych problemów. Bynajmniej. Swoją wartość i siłę zyskał dzięki szczerości i prawdziwości uczuć, które płynęły ze sceny. Bo monodram okazał się sztuką autobiograficzną. Pewnego rodzaju terapią, która ma pozwolić oczyścić się z dawnych problemów, z przeszłości która była tak boląca. Wyzwanie to podejmuje Redbad Klijnstra, który ze sceny ma zamiar opowiedzieć o sobie i swoim życiu. Bez zbędnych ubarwień. Bez jakichkolwiek rekwizytów. W pustej scenografii. I tak, staje przed widzem już nie jako aktor, tylko jako człowiek wciąż szukający tej właściwej drogi, odpowiedzi na pytania z przeszłości. Staje jako osoba, która decyduje się rozdrapać w sobie najbardziej bolące rany, a potem opowiedzieć o ich, być może aby przekazać coś widowni, być może aby czegoś ją nauczyć. Albo po prostu, żeby przeżyć to długo oczekiwane katharsis i poczuć się wolnym.

Przytaczane wspomnienia układają się chronologicznie, od lat dziecięcych stopniowo posuwając do przodu. Jedna opowieść zastępuje drugą. Dość szybko, aby nie zanudzić swojego słuchacza. Kiedy jednak dochodzimy do wątku najważniejszego, czyli do opowieści o matce, historia zaczyna zwalniać. Można nawet powiedzieć, że zataczać koło. Bo nagle w tych wszystkich wcześniej wypowiedzianych słowach zaczynamy dostrzegać jeden wspólny mianownik. Matkę, która gdzieś się pojawiała, ale przemykała przez życie bohatera niezauważona. Tak jak przemknęła niezauważona dla widza w jego opowieściach. Aż do momentu kiedy on postanawia zmierzyć się ze swoim największym problemem. Brakiem matki. Brakiem matczynej miłości. Ton tego monodramu diametralnie się zmieni. Kryzys wewnętrzny bohatera, jego własne zmagania z tym co było kiedyś i z tym co należy naprawić teraz jest tak silnie zaakcentowany, że emocje towarzyszące spadają również na barki publiczności.

Jestem pod ogromnym wrażeniem, że Redbad Klijnstra zdecydował się na taki krok. Bo jego historia uświadomiła mi tylko, jak wielką odwagę trzeba mieć w sobie i jak przepracowane relacje łączące nas z rodzicami, żeby stanąć przed tłumem nieznanych (bądź znanych) osób i wylać z siebie wszystkie dręczące koszmary. Bez wątpienia katharsis następuje. A po nim przychodzi wolność i radość z własnego przełamania. Nie jest to jednak spektakl, który przez cały czas utrzymuje nastrój nostalgiczny czy refleksyjny. Często bywają w nim momenty zabawne i satyryczne. A także mocno ironiczne, co pozwala nie tylko złapać dystans do samego spektaklu ale również do tego co płynie ze sceny. Jakoś odnaleźć się w tym świecie, który został nam zaproponowany. W świecie, w którym realność życia mocno naruszyła teatralną fikcję.

Matko jedyna
scenariusz, reżyseria i wykonanie: Redbad Klijnstra
współpraca: Rafał Rutkowski, Emilia Komarnicka, Marek Kochan, Maciej Omylak, Fabian Włodarek

*Spektakl prezentowany w ramach Festiwalu Nowe Epifanie / Gorzkie Żale 2017.

Zobacz także

0 komentarze

YouTube