Porozmawiajmy po niemiecku, reż. Łukasz Kos

17:08

To będzie opowieść o dziewczynie, która chciała Niemca. O dorastającej kobiecie pragnącej odkryć tajniki miłości i pożądania. Bawiącej się życiem i wydarzeniami wojennymi. Traktującej lata 40., jako przejściowy okres, który zdarzył się przypadkowo


Hanna Zach pisała swój pamiętnik w latach 1941-1943. Opisywała w nim głównie swoje życie i egoistyczne zapędy. Każdy jej wpis przybierał kształt romantycznej opowieść o niemieckich lotnikach, niemieckich żołnierzach czy niemieckich oficerach. Ten pamiętnik to po prostu zbiór jej chwilowych zakochań i przedłużających się randek, które odbiegają od prawdziwej i okrutnej wojny. Zapiśnik szybko przeobraża się w miejsce, w którym piętnastoletnia dziewczyna opowiada o swoich miłosnych pragnieniach. Zbiór młodzieńczych uniesień nie powstrzymuje jednak Łukasza Kosa od przeniesienia na scenę znalezionego tekstu. To właśnie on reżyserując, próbuje wskrzesić w dzienniku ducha wojny i pokazać innej jej ujęcie.

Siadając przy pianinie i grając parę dźwięków bohaterka sztuki zaczyna swoją opowieść zapisaną na kartach starego pamiętnika. Zofia Wichłacz wcielająca się w jego autorkę wygłasza swój tekst, jakby czytała wpis z książki zapisanej obcą ręką. A to przecież ona jedna powinna rozumieć go dobrze i być na tyle przekonywująca, żebyśmy my widzowie czuli, że słyszymy dorastającą Hanię. Niestety, tak się nie dzieje, a tekst sztuki w ustach młodej aktorki wydaje się sztuczny, zresztą tak jak cała jej postawa. Nie bawiła wesołość tej młodej dziewczyny i w kółko powtarzające się pytanie o jej urodę. Wiem, że dla Zofii Wichłacz rola w monodramie musiała być ważna, ale do tego typu sztuki trzeba mieć niemałe doświadczenie sceniczne i spory dorobek obycia się z nią. Osobiście bardzo cenię aktorkę, ale jej gra w tym spektaklu pozostawiła wiele do życzenia.

Niewątpliwym atutem była scenografia odtwarzająca dawny pokój aktorki pamiętnika i projekcja fotografii znajdująca się na jednej ze ścian pomieszczenia. Te wyświetlane urywki wojny z pełną dokładnością umiejscawiały wydarzenia dziejące się w pamiętniku. Nie wiem na ile oryginalność tych zdjęć pokrywała się z tym, które umieszczone były w pamiętniku, ale fotografia Gilberta – największej miłości Zach – poruszała. Przez tę krótką chwilę, kiedy wyświetlano projekcje, miało się wrażenie autentyczności przedstawionych sytuacji. To, wydawało się być ważne dla wydarzeń wojennych, ale nie dla samego pamiętnika, który spełniać miał rolę wyłącznie opowieści o dorastającej dziewczynie. Sztuka Porozmawiajmy po niemiecku stał się z miejsca spektaklem zbyt samolubnym, żeby go docenić i zbyt bardzo odciętym od tematu wojny, żeby go honorować. Ten tekst jest po prostu sztuką nie do zagrania. Bo nie da się nakreślić rysopisu dziewczyny, która w kółko mówi o swojej urodzie u randkach z Niemcami.

Ale na tym monodram się nie kończy, bo odnaleziony wiele lat po wojnie dziennik doczekał się swojego zakończenia. Twórcy spektaklu dotarli do autorki dziennika, a rezultat tych zmagań można było zobaczyć na scenie. Krótka rozmowa (w formie nagrania) aktorki z autorką pamiętnika dała prawdziwy obraz zapisanych wydarzeń. Te zdawałoby się ważne słowa, dla starszej kobiety, nie znaczył już nic. Nie pamiętała ona o żadnym słowie przez siebie napisanym. Dziennik stał się po prostu zwykłym zeszytem pisanym w czasie wojny. I nie należy przypisywać mu wagi Dziennika Anny Frank, bo jego treść to wyłącznie rozterki dojrzewającej dziewczyny, która jest nieświadoma toczącej się dookoła wojny.



Porozmawiajmy po niemiecku
reżyseria: Łukasz Kos
scenografia i kostiumy: Małgorzata Domańska
muzyka: Adam Świtała
reżyseria świateł: Bary & Hary
projekcje: Bartosz Głodek
konsultacja historyczna: Krzysztof Jaszczyński
konsultacje z języka niemieckiego: Zofia Świtała
producent wykonawczy i asystent reżysera: Ewa Ratkowska
asystent producenta wykonawczego: Cezary Margiela
obsada: Zofia Wichłacz

Zobacz także

0 komentarze

YouTube