Spowiedź szaleńca, reż. Łukasz Zaleski

05:41

Spowiedź szaleńca w reżyserii Łukasza Zaleskiego to sztuka pełna improwizacji, która łączy w sobie performance i stad-up. To monodram o człowieku zagubionym we własnych wspomnieniach i utraconych pragnieniach. Próba przedstawienia piękna kobiety i nienawiści do niej. Bo oto z jednej strony poznajemy mężczyznę cierpiącego z powodu miłości. Z drugiej zaś kogoś, kto za wszelką ceną chce ośmieszyć swoje pragnienia wobec płci przeciwnej


Na granicy dobrego smaku i gustu rozegrał się monodram, który zwać należy pewnym. Nazwa ta choć niejasna, wcale nie jest przypadkowa, bo w sztuce tej nie znajduję dobrych słów na opisanie tego, co działo się w jej fabule. Nawet ciężko stwierdzić czy to, co zdążyłam wyłapać z wypowiadanego tekstu było głównym przedmiotem monodramu czy tylko opowieścią w innej opowieści. Ani reżyser ani aktor nie zarysował ram, wokół których gromadzić się miały opowieści będące podstawą Spowiedzi szaleńca. Całość ani razu nie stała się bardziej wymowna. Nie było konkretnej sceny, ani konkretnej przestrzeni w teatrze, bo wszystko rozgrywało się w różnych jego częściach. Przez to, nie tylko trudno było skupić swoją uwagę na czymś znaczącym dla sztuki, ale jeszcze zrozumieć ten nieskładny tekst, który zbliżając się do swojego finiszu stawała się coraz bardziej wymagający. Nawet Przemysław Chojęta w swoim monologu wydawał się zbyt spięty, aby unieść ciężar monodramu. Jakby stał gdzieś z boku sztuki, a nie w samym jej środku.

Dobrym rozpoczęciem miał być aktor w białej sukni ślubnej trzymający w ręce kilka bandaży. Na krótką chwilę zabieg ten zaciekawił, bo po takim rozpoczęciu nikt nie wiedział, czego spodziewać się dalej. Lecz nagle, bez żadnego wytłumaczenia, bohater zaczyna ściągać z siebie niechciane ubranie i staje przed tłumem widzów nagi. Zaczyna wypisywać po swoim ciele ciąg liczb, i tak aż do dziesięciu. Wskazywane kolejno cyfry kryją pod sobą różne historie łączące bohatera monodramu z ukochaną kobietą. Słyszymy kilka banalnych, i niekoniecznie zrozumiałych, opowieści, jak chociażby o tym jak jego ukochana zwróciła mu uwagę podczas robienia mizerii. I tak do końca, nie łącząc żadnej zasłyszanej historii z wcześniejszym słowem czy rozważaniem. Publiczności nigdy nie przyjdzie poznać, o co tak naprawdę chodzi bohaterowi. Z czym się zmaga. Co sprawiło, że uwięziony jest w miłosnych rozważaniach.

Kolejny etap spektaklu to już oglądanie galerii, nie wiedzieć czyich, zdjęć i sentencji filozoficznych, w których można odnaleźć sens życia – niekoniecznie swój. W tej ciemniej przestrzeni świecić się będzie tylko malutkie światełko rozjaśniające twarz aktora, który patrząc na wyświetlającą się projekcję filmową będzie ronił gorzkie łzy wyrażając tym swój żal i ból po ukochanej. Z jego ust padają słowa na granicy miłości i nienawiści do kobiety. Padają zdania, które mają przynieść ulgę w cierpieniu, lecz tego nie robią. A ciągle wspominane opowieści wspólnego życia odbijają się na stanie psychicznym bohatera, który zaczyna popadać w pewien rodzaj agonii. Jego słowa stają się tylko spowiedzią szaleńca, w którą nikt nie jest w stanie uwierzyć.



Spowiedź szaleńca (wg powieści Augusta Strindberga)
przekład: Janusz Bogdan Roszkowski
reżyseria i opracowanie muzyczne: Łukasz Zaleski
adaptacja: Justyna Litkowska, Maciej Litkowski
scenografia i kostiumy: Kornelia Trawkowska
wideo: Ernest Wińczyk
obsada: Przemysław Chojęta

Zobacz także

0 komentarze

YouTube