Nowa Modlitwa Polaka. Wywiad z Marcinem Kołaczkowskim

07:14

Dzień świra w reżyserii Marka Koterskiego to film fenomenalny. Dzieło wielkie, które w kanonie polskiego kina na dobre znalazło swoje miejsce. Już Teatr Wielki w Poznaniu podjął się inscenizacji tego dzieła i wystawił go w formie opery. Lecz próby przeniesienia Dnia świra na teatralne deski wciąż trwają. Tym razem Marcin Kołaczkowski zainspirowany inscenizacją postanowił w Teatrze Kamienica zaproponować swoją wersję. Jak sam mówi: - [...] nie ścigamy się z pierwowzorem oraz nie chcemy nic nikomu udowodnić. Nasz Adaś jest nieco inny od tego, którego Państwo znają

/fot. Sylwester Ciszek/

Agnieszka Kobroń: Już niebawem w Teatrze Kamienica premiera pana spektaklu Dzień świra opera | musical. Z tej okazji nie mogę nie zapytać czy pamięta pan kiedy po raz pierwszy zetknął się z filmem Marka Koterskiego Dzień świra?
Marcin Kołaczkowski: Pamiętam bardzo dobrze. To były czasy kiedy studiowałem w Akademii Teatralnej i byłem aż piętnaście lat młodszy (śmiech). Wtedy Dzień świra, jak przypuszczam zresztą dla większości ludzi w moim wieku, był jedynie dobrą komedią, którą postawiłbym obok filmów Stanisława Barei czy Marka Piwowskiego. A wszystko dlatego, że rozterki bohatera były mi tak dalekie, że nawet nie próbowałem się w nie jakoś specjalnie zagłębiać. Dopiero po latach dostrzegłem zupełnie inną wartość tego filmu, co wynika z faktu, że kiedy przybyło mi lat to wtedy zacząłem rozumieć, dlaczego dorośli są inni. Prawdą jest, że oni mają zupełnie inne postrzeganie świata, zupełnie inne przeżycia niż młodzi ludzie. Kiedy jest się bliżej czterdziestki to dochodzi się powoli do wniosku, że pewne rzeczy których nie zrobiło się w młodości przepadły już na dobre, że czas jest - niestety - nieodwracalny. I nagle wszystko to co przydarza się Adasiowi Miauczyńskiemu w filmie Dzień świra nabiera znaczenia. Okazuje się, że on wcale nie jest taki śmieszny. Że wszystkie jego rozterki jeśli w jakiś sposób nie dotknęły nas bezpośrednio, to przydarzyły się osobom, które znamy. I dopiero wtedy widzimy, że ten film jest de facto znacznie bardziej przerażający niż śmieszny. Tragikomedia w najczystszej postaci.

Z tego co pan mówi, wnioskuję, że zalicza się pan do wiernej grupy fanów, która widziała już film wielokrotnie.
Oczywiście i ciągle łapię się na tym, że odnajduję w nim coś nowego, czego wcześniej nie dostrzegłem. To jest absolutnie genialny film. Naprawdę „kultowy”, chociaż strasznie nie lubię używać tego określenia, bo to słowo wydaje się obecnie mocno wyświechtane i nadużywane. Perfekcyjny i całkowicie przemyślany oraz rozplanowany w każdym elemencie swojej układanki. Przy okazji przygotowań do spektaklu dowiedziałem się od pana Marka Koterskiego, że do realizacji filmu podszedł z dziewięćdziesiątą szóstą wersją scenariusza, co oznacza że sam pozostawał bezwzględny wobec swojego własnego dzieła. A przecież nie jest to łatwe dla twórcy. Potem z kolei po nagraniu filmu, jeszcze na montażu, zmieniał i wyrzucał wiele fragmentów, wszystko po to, żeby poszczególne sceny działały na widza w określonym rytmie.

A nie boi się pan tego ciężaru fenomenu filmu?
Oczywiście, że trochę tak, bo siłą rzeczy ludzie będą chcieli porównywać film z naszym spektaklem. Ale mam nadzieję, że nie da się tego za bardzo zrobić, gdyż sztuka teatralna i to jeszcze muzyczna jest mocno odmienną od filmu formą artystyczną, przez co ciężko będzie o jakiekolwiek zestawienia. Jedyne co będzie tutaj natychmiast weryfikowalne to czy spektakl będzie oddziaływał na widzów w równym stopniu jak film. Mam nadzieję, że udała nam się atrakcyjna inscenizacja, która tak samo będzie czasem bawić, jak wzruszać i wywoływać refleksję. Ale absolutnie i to muszę podkreślić nie ścigamy się z pierwowzorem oraz nie chcemy nic nikomu udowodnić. Nasz Adaś jest nieco inny od tego, którego Państwo znają, ale staramy się go poprowadzić tak, żebyście go polubili. Wskazujemy go w spektaklu jako pozytywnego bohatera, którego postawa wynika z bezradności, z tego, że on już nie wie jak walczyć ze światem, który go atakuje i przytłacza. Chcemy, żeby odbiorca mu trochę współczuł, trochę kibicował, a może także się z nim utożsamiał. Z wieloma problemami Adasia stykamy się przecież my sami na codzień.


Zatem, Dzień świra wyszedł z takiej potrzeby, żeby coś ludziom uświadomić, pokazać?
U mnie działa to trochę inaczej. Jako reżyser staram się czerpać pomysły na kolejne realizacje sceniczne przede wszystkim z naszej rdzennie polskiej kultury. Zamiast korzystać z zagranicznych licencji, szukam dobrego polskiego materiału na spektakl, bo naprawdę wiele ważnych i doskonałych dzieł, często zapomnianych, posiadamy. Dzień świra jako spektakl muzyczny niestety nie jest moim pomysłem, co zresztą mocno mnie denerwuje (śmiech). Prapremiera tego dzieła odbyła się pięć lat temu w Teatrze Wielkim w Poznaniu, gdzie zostało wystawione jako potężna trzy-aktowa opera z udziałem orkiestry symfonicznej. Od chwili kiedy ją obejrzałem miałem pokusę, aby sięgnąć kiedyś po ten materiał w nieco lżejszej, bardziej aktorskiej formie scenicznej. Mój przyjaciel kompozytor Hadrian Filip Tabęcki, który napisał muzykę do tej opery, początkowo nie był szczególnie przekonany do tego pomysłu, ale z czasem praca nad nową wersją aranżacji muzycznych zaczęła mu sprawiać przyjemność. Nie będę ukrywać, że na początku było czasem ciężko, bo Hadrian jako kompozytor był silnie związany ze swoją pierwotną wizją tego dzieła. Ale na szczęście zauważył w moim pomyśle potencjał i finalnie się zgodził. I tak powstał ten musical, oczywiście na kanwie opery, bo nadal z niej korzystamy. Dlatego w tytule mamy obecnie dopisek, że jest to opera-musical.

Na próbie medialnej powiedział pan też, że ten spektakl będzie bardziej współczesny. Co pan miał na myśli?
Tak jak na przestrzeni lat zmieniło się moje postrzeganie losów Adasia Miauczyńskiego, tak mocno zmieniła się rzeczywistość, która nas otacza. Tak jak wspomniałem wcześniej, kiedy byłem młodszy ten film wydawał się takim trochę nierealnym światem, którego tak naprawdę nie ma. Światem z karykaturalnymi typami ludzkimi wyciągniętymi niemalże z Gombrowicza czy Witkacego. Ja chyba naprawdę myślałem, że takich osób nie ma. Jednak na przestrzeni lat spotykając różnych ludzi okazało się, że te postacie, które w wielkim natłoku ukazane są w filmie, istnieją też w życiu realnym. Ciężko też nie zauważyć, że Dzień świra stał się też obecnie niepokojąco niezwykle aktualny w swojej wymowie. Właściwie wszystkie rzeczy, które są w nim pokazane jako fikcja dzieją się teraz na naszych oczach. I nie chodzi mi wcale wyłącznie o kwestię mechanizmów rozgrywek politycznych. To libretto nabrało dzisiaj po prostu wiele zupełnie nowych, współczesnych znaczeń, chociaż od razu podkreślam, że nic w tekście Marka Koterskiego nie zmienialiśmy, zresztą to było podstawowym warunkiem zgody na powstanie tej inscenizacji. Nie mogliśmy nic dodawać, a jedynie wycinać. Ewentualnie za zgodą autora coś przestawić, ale też i tutaj pan Marek mocno sugerował, żeby było to przestawienie kolejności całej sceny a nie jej fragmentu.

Dużo było tego ucinania czy przestawiania?
Myślę, że zawsze pierwszym odruchem każdego reżysera jest myślenie, że musi wszystko zrobić zupełnie inaczej niż poprzednicy i że to właśnie on znajdzie właściwy sposób na pokazanie danego materiału. Ja też na początku kombinowałem jak uciec od filmu, żeby po pierwsze nikt nie powiedział, że jest to jakaś forma plagiatu, a po drugie, żeby to nie było łatwo porównywalne. Bardzo szybko przekonałem się jednak, że to libretto jest dziełem skończonym, zamkniętym. Jest tak misternie skompilowane, że właściwie każda próba jakiejś drastycznej zmiany w dramaturgii tej opowieści powoduje, że wywraca się jej cały rytm. Wyglądało to zatem tak, że np. dana scena która była użyta w filmie zniknęła w całości, a w zamian pojawiła się scena która była w dramacie (pierwotnie najpierw napisany został dramat sceniczny Dzień świra, a dopiero potem scenariusz filmu).

Muszę powiedzieć, że Modlitwa Polaka, którą udało mi się podpatrzyć na próbie medialnej bardzo mnie zachwyciła.
To jest przykład dodanego tekstu. Tej sceny nie było w poznańskiej wersji tej opery, natomiast w filmie jest tylko jej fragment. Zapytaliśmy pana Marka czy możemy dodać Modlitwę Polaka do naszej inscenizacji. Zgodził się od razu, jako że jej tekst jest dzisiaj nad wyraz aktualny. 7 lipca o godz. 19.07 – w momencie rozpoczęcia oficjalnej premiery spektaklu będę mogli Państwo zobaczyć naszą interpretację tego tekstu na wielu kanałach internetowych.

Patrząc przez pryzmat tej piosenki, która przedstawia dość satyryczny obraz Polaka, chce pan w swoim spektaklu przedstawić jakiś konkretny obraz Polski?
Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że jest to obraz Polski, ale bez dodatkowego komentarza. Nikogo nie wytykamy, nikogo nie obśmiewamy, ani nie szkalujemy. My po prostu pokazujemy jakie mechanizmy ludzkich zachowań i emocji obecnie dosyć mocno funkcjonują w naszym społeczeństwie. Moim głównym zamiarem było stworzenie spektaklu o bezradności jednostki wobec tego co się dzieje wokół niej. Że są takie momenty w życiu, w których nie jesteśmy w stanie absolutnie nic zrobić, bo jesteśmy w tym sami. A jak wiadomo jedna osoba wobec całej masy niewiele znaczy. To w naturalny sposób wywołuje w niej frustrację, a całkowita bezradność i niezgoda na własny los, tak jak i u naszego Adasia, może czasem przeradzać się w agresję, która staje się jedynym sposobem na to, aby sobie chociaż trochę ulżyć.

Tym razem w roli Adasia Miauczyńskiego zobaczymy Macieja Miecznikowskiego, skąd taki pomysł?
Mam wrażenie, że wszystko co robię w moim życiu zawodowym jakoś tak naturalnie wychodzi. Że wszystkie rzeczy, które zrobiłem na przestrzeni lat jakoś same do mnie przychodziły w stosownej chwili i tak było też w tym przypadku. Nie mam pojęcie jak to się dzieje, ale naprawdę tak jest (śmiech). Z Maćkiem znamy się już jakiś czas, kilka lat temu zaczęliśmy współpracę muzyczną, spotykamy się również prywatnie (bez podtekstów). W zeszłym roku zaprosił mnie na swój spektakl Kolacja na cztery ręce, który zresztą jest jego debiutem aktorskim. Zobaczyłem w nim wtedy niesamowite, całkowicie naturalne predyspozycje aktorskie. A potem jakoś to wszystko zbiegło się w czasie, bo pojawił się producent firma Music Company, która zapytała mnie czy mam jakiś pomysł na spektakl i padło hasło, że oni chcieliby może coś na podstawie jakiegoś znanego filmu. Rzuciłem pomysł, żeby to był Dzień świra. I wszystko ruszyło. Od razu wiedziałem, że w roli Adasia Miauczyńskiego chciałbym obsadzić Maćka Miecznikowskiego. Przedstawiłem mu ten pomysł, a on bez wahania się zgodził. Pewnie głównie dlatego, że nie do końca miał świadomość na co się porywa (śmiech). Mam nadzieję, że pokochają Państwo naszego Adasia.

Zobacz także

0 komentarze

YouTube