Córcia, reż. Iwona Siekierzyńska

11:55

Na przekór tytułowi Córcia nie będzie spektaklem o relacji matki z córką, przynajmniej w swojej warstwie właściwej. Nie będzie też opowieścią córki o wiążących ją więzach z matką. Na przekór wszystkich, w tym tytułowi również, spektakl ten opowiadać będzie o kobiecie, która będąc w szkole filmowej tak zaprzyjaźniła się ze swoją profesorką, że ta stała się dla niej niemal jak matka


Nie zdziwiła mnie ani na moment postawa głównej bohaterki, bo zazwyczaj tak bywa że niedocenione dzieciaki szukają zgubionych uczuć i autorytetów w innych osobach. Tu akurat okazało się, że wszystko to czego nasza bohaterka potrzebowała skupiło się w osobie jej profesorki. Większość spektaklu wsłuchiwaliśmy się w słowa pochwalne do Mony, która wróżyła bohaterce świetlaną przyszłość w blasku fleszy. Inaczej było z matką, która znalazła się po drugiej stronie barykady. Była po prostu kobietą, której zabrało wiary we własne dziecko. Kobietą, która zamiast czułości okazywała chłód i potrafiła tylko powiedzieć: „nie wyjdzie”, „nie uda się”. Nasza bohaterka na przekór słowom matki robiła wszystko, żeby było inaczej, żeby jej się udało, żeby w końcu udowodniła że jest czegoś warta. Dlatego jej spotkanie z Moną i ta wiara, którą nauczycielka w nią włożyła dodały jej skrzydeł, chociaż i ta historia nie zakończyła się happy endem.

W tym monodramie wszystko skupiło się wokół tytułowej córci. Podążaliśmy jej życiem odkrywając co chwilę spotykające ją powodzenia i niepowodzenia. Byliśmy z nią i przy niej, czasami stając oko w oko z brakiem miłości ze strony matki. Nie było kolorowo i różowo, chociaż opowieść bohaterki nadawała się na komedię. I to z bardzo ostrym rysem. Z posmakiem groteski i tragikomedii w jednym. Justyna Dworczyk, która wcieliła się w główną bohaterkę całkowicie wchodząc w swoją postać opowiadała o tym co ją w tym młodzieńczym życiu spotkało, a opowiadała to przecież z perspektywy osoby już doświadczonej przez czas. Sprytnie pod warstwą opowieści o Monie ukrywała problem swojej postaci. Sprytnie w półsłówkach opowiadała o tym jak tęskni za prawdziwą matką, jak zazdrości innym, jak brakuje jej tego matczynego wsparcia, wiary i dobrego słowa. I chociaż kamuflaż tych uczuć był naprawdę dobry, to dodatkowo odpowiednio zaintonowane słowo, potrafiło uderzyć.

I jak to z monodramami nie za często bywa, aktorka (o dziwo!) potrafiła unieść ten ciężar bycia samej na scenie. W tym wszystkim pozostając autentyczną i prawdziwą. I zapewne wszystko byłoby dobrze, sztuka świętowałaby swój triumf, gdyby nie zakończenie, które po prostu zaskoczyło. Wydarzyło się niespodziewanie. Światło za szybko zgasło, a historia za szybko zatoczyła swoje koło. Nie wybrzmiał ten ostatni głos, który w tej opowieści zabrzmieć powinien najmocniej. Ja czuje i rozumiem, że w ostatecznym rozrachunku nasza bohaterka miała powrócić do swojej matki, zaopiekować się nią, złożyć broń i w końcu podjąć próbę odbudowania rodzinnych relacji mimo tego, że jej była jaka była. Niestety to się nie stało, a zakończenie gdzieś umknęło. Nie powiedziało ostatniego słowa. Dlatego, gdy przyszło zabić brawo została w lekkiej konsternacji, że to już…


Córcia
Teatr WARSawy (spektakl gościnny)
reżyseria: Iwona Siekierzyńska
tekst: Katarzyna Szaulińska
scenografia: Ewa Pfanhauser
kostiumy: Vasina Studio
opracowanie muzyczne: Maja Kisielińska
obsada: Justyna Dworczyk, Elżbieta Jarosik (głos matki)

*Spektakl wyprodukowany przez Justynę Dworczyk.

Zobacz także

0 komentarze

YouTube